Tyle wolności, ile reklam?

Wirtualna Polska przywitała mnie takim komunikatem:

Nie ma wolności bez reklam?

Fakt, miałem włączonego AdBlocka, ale nie sądziłem, że w ten sposób dokonuję zamachu na wolność polskich mediów. Wiem, na czym polega ten biznes, wiem, że finansowanie prasy z samej sprzedaży dostępu do artykułów jest niemożliwe. A jednak twierdzenie, że oglądanie reklam daje mediom wolność jest przewrotne.

Reklamy nie biorą się z kosmosu, tylko od reklamodawców, a reklamodawcy idą tam, gdzie nikt nie narusza ich interesów. Szanse na duże kontrakty z dużymi reklamodawcami mają redakcje, które nie podejmują kontrowersyjnych tematów, mylą artykuły sponsorowane z obiektywnym dziennikarstwem. Mówiąc wprost: nie podskakują kluczowym klientom.

W polskich warunkach kluczowi klienci to między innymi spółki Skarbu Państwa. Gdzie zamieszczają reklamy? Można się przekonać na każdej stacji benzynowej i w Internecie.

Więc jak to jest z wolnością i reklamami? Nie ma biznesu bez reklam – to prawda. Ale przychody wydawcy nie gwarantują, że zechce skorzystać z wolności, którą teoretycznie dają mu pieniądze z reklam. Śmiem twierdzić, że jest wręcz przeciwnie.

A Wy? Uważacie, że reklamy są fundamentem wolności prasy?

Rajdy dziennikarzy i pilotów

W tak zwanym „poprzednim systemie” wpadano na niegłupie pomysły. Niektóre z nich okazały się ponadczasowe i ponadsystemowe, na przykład Rajd Samolotowy Dziennikarzy i Pilotów. Pod tym hasłem do dzisiaj organizuje się lokalne imprezy, które mają pomóc w popularyzowaniu lotnictwa. Na przykład tą: http://bloggerlotniczy.blogspot.com/2011/09/iv-rajd-dziennikarzy-i-pilotow-1998-r.html albo tą: http://www.lbm.org.pl/blog/ii-zawody-samolotowe-pilotw-i-dziennikarzy-29-300717/

Dobrze byłoby pamiętać, że pomysł ma kilkadziesiąt lat i był z powodzeniem realizowany przez Aeroklub PRL. Dzięki wspólnym lotom dziennikarze piszący o lotnictwie wiedzieli, o czym piszą a lotnicy mieli zagwarantowaną obecność w prasie, radiu i telewizji. Punkty decydujące o miejscu załogi w klasyfikacji przyznawano za wykonywanie zadań lotniczych i za ocenę reportażu napisanego lub nagranego przez dziennikarza.

Tutaj macie plakietkę z III rajdu, który zorganizowano w 1964 roku (mam w domu jeszcze jedną, bodajże z 1967 – zdjęcie dodam jutro).

plakietka III Rajdu Dziennikarzy i Pilotów

A tutaj reportaż z takiej imprezy:

Jest też wzmianka prasowa z archiwum Przekroju.

Powrót do korzeni – technika lampowa

Przed laty dostałem nadajnik krótkofalowy FL100B wyprodukowany przez japońską firmę Yaesu, prawdopodobnie w 1964 roku. Mój egzemplarz ma numer seryjny 511336 i jest zachowany w przyzwoitym stanie, chociaż był naprawiany albo modyfikowany.

Dzisiaj po raz pierwszy od mniej więcej 10 lat podłączyłem go do prądu. Wszystkie lampy się żarzą, ale nie wiem, czy urządzenie jest sprawne. Od dawna obiecywałem sobie, że ściągnę dokumentację serwisową i spróbuję go uruchomić i zestroić. Może uda się w 2018?

Dzisiaj dzielę się zdjęciami (zrobionymi smartfonem, w ciemnym pokoju). Mam sentyment do urządzeń lampowych, bo kiedy zaczynałem się uczyć elektroniki w okolicach roku 1997 – 1998 było ich jeszcze całkiem sporo, zwłaszcza wśród urządzeń używanych przez krótkofalowców.

Panel czołowy wygląda tak:

Po wyjęciu chassis z obudowy od góry widzimy lampy (zdjąłem z nich metalowe ekrany):

Od spodu jest większe zamieszanie:

A teraz góra po włączeniu zasilania:

Stajnia Augiasza

Nie wiem, ilu rodziców zdaje sobie sprawę z tego, jak wygląda system edukacji w Polsce. Nie szkoła, tylko system: z regulacjami prawnymi, uwarunkowaniami ekonomicznymi, politycznym zaangażowaniem, kształceniem nauczycieli, doskonaleniem umiejętności zawodowych. Zakładam, że jest do dość wąskie grono a spory odsetek wśród „świadomych rodziców” stanowią nauczyciele, których potomstwo akurat jest w wieku szkolnym.

Piszę to po trzygodzinnym szkoleniu na temat oceniania w szkole. Szkoleniu, z którego nie wyniosłem żadnych korzyści, może poza wzrostem świadomości w zakresie bałaganu w polskiej oświacie. Dzisiaj tylko o tym wspominam, za chwilę północ, a ja mam jeszcze co najmniej dwie godziny pisania. W miarę możliwości będę podrzucał „perełki” z własnego i cudzych podwórek. Tak w ramach wzmacniania społecznej świadomości…

Wrastanie w nowe miejsce

Od września przenieśliśmy się poza Kraków, mamy nadzieję, że na stałe. Moim zdaniem było warto: cisza, spokój, czyste powietrze, zupełnie inny zakres domowych obowiązków (doszło rąbanie drewna, odśnieżanie, grabienie, koszenie i inne, równie przyjemne i odświeżające).

Gdybyście planowali podobną zmianę, mam kilka nieśmiałych sugestii. Dzisiaj pierwsza: nie da się żyć okrakiem pomiędzy wsią i miastem. Jeśli masz dzieci, przenieś je do wiejskiej szkoły. Pracy pewnie na zawołanie nie zmienisz, ale pomyśl o tym w jakiejś rozsądnej perspektywie.

Dowiedz się, gdzie w okolicy są solidni: elektryk, hydraulik, mechanik samochodowy, wulkanizator, kominiarz, lekarz. Zrób rozpoznanie pobliskich sklepików, przy czym niech „pobliski” oznacza „znajdujący się w którejś z 5 – 10 najbliższych miejscowości. Poszukaj sklepów na miejscu. jazda do miasta kiedy potrzebujesz kupić kilogram gwoździ albo łopatę do śniegu nie ma sensu.

Rozmawiaj z sąsiadami, pytaj ich o wszystko, pomagaj w miarę możliwości. Nie pozwól lokalnemu proboszczowi, żeby wszedł Ci na głowę. Nie ulegaj próbom wymuszenia zmiany stylu życia.

Na dzisiaj tyle.

Hitler był w sumie spoko, przynajmniej dla Niemców…

Usiłował mnie o tym przekonać uczeń 2 klasy gimnazjum, skądinąd dość rozsądny chłopak. Zakładam, że cytowaną opinię przejął od kogoś, z kim wcześniej dyskutował w domu, albo w szkole.

Z jednej strony to dobrze, bo istnieje nadzieja, że uczeń jednak się opamięta i zmieni zdanie na temat Adolfa H. Z drugiej strony przeraża poziom argumentów i popularność tej opinii wśród młodzieży w wieku 13 – 14 i starszej. Bo ten uczeń nie jest jedynym wyznawcą teorii o zasługach Hitlera.

A argumenty? Hitler obronił Niemcy przed emigrantami, zwłaszcza (uwaga!) Turkami i Żydami. Poziom intelektualny tej wypowiedzi jest żaden, za to szkodliwość wielka. Bzdura osiada w bezkrytycznych umysłach dzieciaków i jest przekazywana z ust do ust. Jak z tym walczyć? Podobnych idiotyzmów na temat emigrantów i rzekomych zagrożeń dla białej, chrześcijańskiej Europy można usłyszeć znacznie więcej.

Walczę z tym, wyjaśniam, rozmawiam ale odnoszę wrażenie, że jestem na straconej pozycji. Bo przecież koledzy wiedzą lepiej…

Emigrować?

Na Facebooku wspominałem o emigracji, chcę ten wątek rozwinąć.

Najsilniejszej motywacji dostarcza mi stan państwa polskiego. Pieniądze, możliwość zarabiania wielokrotności polskiej średniej krajowej działają na wyobraźnię, ale zbyt słabo, żeby mnie ruszyć z miejsca. Najlepszy dowód: ciągle tu jestem. Zmiany w państwie to co innego.

Boję się, że w ciągu najbliższych 10 lat Polska zostanie ukształtowana przez  nacjonalistów, ignorantów, megalomanów (nie mylić z melomanami!). Że w czasie, kiedy moje Dzieci będą wchodziły w dorosłość będą poddawane presji i szykanom: za otwartość umysłów, ciekawość świata, odrzucanie dogmatów, przywiązanie do wolności osobistych.

Obawiam się, że polska 2027 roku będzie krajem zniewolonym, zacofanym, z częściowo zdemontowanymi organami państwa. Stanie się sceną permanentnych kłótni, politycznych rozgrywek, bezsensownych sporów. Zabawką w rozgrywkach Wschodu z Zachodem. Niezależnie od tego, co na zewnątrz, możemy przekroczyć cienką granicę, która jeszcze dzieli nas od przejścia do policyjno-zamordystycznego  stylu rządzenia.

Kiedyś napisałbym, że trzeba zostać i walczyć, na pohybel skurwysynom. Ale mam 44 lata i zbyt dokładnie potrafię oszacować szanse powodzenia  sprzeciwu. Wiem, że nie potrafimy się dogadać, planować i konsekwentnie działać. Nauczyliśmy się żyć w świecie wywracanym do góry nogami w czteroletnim cyklu wyborczym i nie chcemy tego zmieniać.

W 1989 z kolegami plakatowaliśmy Przemyśl przed pierwszymi wolnymi wyborami (mam jeszcze komplet plakatów zwiniętych w rulonik). Gdzie dzisiaj jesteśmy? Spodziewaliśmy się tego, co mamy? Kilkoro wylądowało za granicą, niektórzy jakoś ustawili się w kraju, inni w rządowych mediach (tak, Adrian, szybko przeleciały te lata).

Czy za 10 lat zamkniemy przeklęty krąg? Czy nasze dzieci znowu będą się cieszyły z powrotu wolności nieświadome, że za następnych 20 – 30 lat po raz kolejny to wszystko co wywalczą trafi szlag?

Myślę, że są dwie drogi. Utopijna: zebrać grupę osób obojętnej narodowości i zbudować gdzieś na świecie nowe państwo według wspólnie ustalonych reguł. Wykonalna: wyjechać tam, gdzie mieszkają ludzie, którzy już teraz nieźle się ze sobą dogadują i tworzą stabilne, bezpieczne, przyjazne i uczciwe państwo. Przed każdym przymiotnikiem wypadałoby postawić „w miarę”…

Powrót Gablotki

Zacznijmy od krótkiego wprowadzenia (ktoś z Was czyta wstępy lub wprowadzenia w książkach?!).

Otóż pomysł na Gablotkę wpadł mi do głowy bardzo dawno, domenę zarejestrowałem 31 stycznia 2001. To zawsze miał być osobisty blog, współwymyślony przez Mżonkę. W ciągu tych 12 lat zdarzały się okresy zwiększonej aktywności, ale większą część czasu domena pozostawała prawie nieużywana.

Stare wpisy diabli wzięli przy okazji przeprowadzek między serwerami. Może coś tam zostało na jakimś dysku z kopią zapasową, ale nie mam teraz czasu szukać backupu. Może kiedyś „samo się znajdzie”. Nie chcę rezygnować z domeny, więc logicznie rzecz biorąc powinienem ją jakoś zagospodarować. No więc zagospodarowuję po raz wtóry.

Dlaczego nie dam sobie spokoju i nie pozostanę przy Facebooku albo innym Google+? Z kilku powodów: chcę zachować pełne prawa autorskie do mojej pisaniny oraz ewentualnych fotografii i filmów, chcę mieć kontrolę nad udostępnianymi treściami, chcę mieć możliwość swobodnego pisania bez obawy o zablokowanie konta w ogłaszania „nieprawilnych” (jak to mówią na dzielni) treści. To chyba większość przyczyn, a w każdym razie najważniejsze z nich.

Nie wiem, czy będę pisał regularnie. Kiedyś udawało mi się to całkiem nieźle, dzisiaj mam wątpliwości, bo czasu brakuje mi nawet na pisanie dla pieniędzy (za co zresztą bywam karany, kiedy w środku nocy śni mi się goniący mnie deadline).

Zapraszam. Zaglądajcie, rejestrujcie się, komentujcie, piszcie. Niech się dzieje. Zróbmy sobie taką małą wysepkę względnej normalności, rozmawiajmy. Odnoszę wrażenie, że rozmów, dobrych, spokojnych rozmów brakuje dzisiaj najbardziej.