Bezpieczeństwo po naszemu

W przyszłym roku w Krakowie Kościół Katolicki przy udziale władz państwowych i lokalnych urządza impreze na 2 miliony osób. Robią to w sytuacji realnego zagrożenia terrorystycznego. Spoko.

Żeby nieco podkręcić drętwą atmosferę i podnieść napięcie, nowy Rząd Najjaśniejszej Rzplitej wywala ze służby albo przyjmuje dymisje szefów wszystkich służb specjalnych, które mają tu coś do gadania: ABW, AW, SWW, SKW a na deser Biura Ochrony Rządu i Policji.

Powiecie, że to są stanowiska bardziej polityczne, niż merytoryczne, że liczą się ci, co „na dole” i „w terenie”. W innym kraju pewnie bym przytaknął. Ale w RP? Wiecie co będzie? Na początek wycinka komendantów wojewódzkich Policji i szefów delegatur ABW, w wojsku ich odpowiedników. Potem nowi wojewódzcy zaczną wymieniać swój personel co najmniej do poziomu naczelnika wydziału. Bo „teraz k…. my”.

W chwili lądowania papieża w Krakowie w służbach będzie w najlepsze szalała walka o stołki, pisanie raportów o zwolnienie ze służby, awansowanie swoich, wypychanie cudzych. Będzie taki bałagan na średnim i wysokim szczeblu dowodzenia, że informacje zebrane na dole nie przecisną się na górę. Nikt nie przekaże nowym panom hiobowych wieści i nikt na górze nie podejmie niepopularnych decyzji, np. o odwołaniu spotkania, wycofaniu pielgrzymów z jakiejś strefy.

To będzie przypominało podejście do lądowania w Smoleńsku. No przecież musi się udać. Przecież u nas nic dotąd nie wybuchło. Nie chcę krakać, ale jeśli coś jednak wybuchnie, to powstanie chaos, którego nikt nie ogarnie.

WordPress 4.4 RP 4? 5?

WordPress został wydany w wersji 4.4 więc jest okazja do pogrzebania przy Gablotce. Chciałem wrzucić jakiś kąśliwy komentarz o naszej skomplikowanej rzeczywistości, ale z dnia na dzień ręce opadają mi co raz bardziej.

Prezydent? Sejm? Jest takie zapomniane określenie, regionalizm gdzieniegdzie używany do dzisiaj: pacałycha, panie.

Sztuka i fizjologia

Z okna w pracy mam uroczy widok na Teatr Słowackiego. Wczoraj, około godziny 15 mogłem podziwiać uliczne przedstawienie niezależnego aktora – solisty. Rzecz do bólu naturalistyczna.

Otóż po prawej stronie teatralnego gmachu patrząc od frontu jest parking (strzeżony, a jakże!), za parkingiem chodniczek, żywopłot i placyk. Za placykiem kolejny żywopłot, chodnik, parking i ulica Świętego Krzyża łącząca się z Placem Świętego Ducha. Ostatnio ulubione miejsce Straży Miejskiej łowiącej kierowców wjeżdżających bez uprawnień do strefy A .

Rzeczony solista odziany w jaskrawą, czerwoną kurtkę zatrzymał się przy żywopłocie od strony teatru, mniej więcej w połowie długości. Z wystudiowanym spokojem, ignorując stażników miejskich i młodzieńca strzegącego teatralnego parkingu wyciągnął, co tam miał w spodniach i przez chwilę oddawał mocz na żywopłot. Zważywszy okoliczności pomyślałem, że turysta. Może nieobyty, może w skrajnie trudnej sytuacji fizjologicznej, może performer o krańcowo zawiłej osobowości. Ba, wariat!

Otóż nie. Jegomość skończył, zapiął spodnie, poprawił kurteczkę, wolnym krokiem podszedł do zaparkowanego przy szlabanie parkingu Meleksa i po dłuższej chwili, przez nikogo nie niepokojony odjechał pokazywać turystom uroki Krakowa z jego historią, architekturą, sztuką i teatrami, a jakże.

Jak katolicy straszą dzieci w Halloween?

W okolicach pierwszego dnia listopada następuje wykwit tekstów przestrzegających przed Halloween. Prym wiodą media i publicyści katoliccy, czasem dorzucą swoje trzy grosze biskupi. Nie ma w tym nic dziwnego ani zdrożnego, kwestie obyczajów podlegają dyskusji i każdy ma prawo do przedstawienia i obrony swojego stanowiska.

A jednak co roku ktoś posuwa się o jeden krok za daleko dostarczając mi wiele radości. W tym roku za bezkonkurencyjny uznałem tekst opublikowany w magazynie Miłujcie się. Zacytował go niezawodny w dostarczaniu powodów do uśmiechu i irytacji portal fronda.pl (przeczytaj cały artykuł).

Dzieci, które zaczynają się bawić w haloweenowe zabobony, rozpaczliwie potrzebują Chrystusa. Kiedy pukają do naszych drzwi, nie wolno nam zmarnować szansy. Pamiętajmy, że niektórzy z nich w ogóle nie chodzą do kościoła ani na lekcje religii, więc to może być ich ostatnia szansa usłyszenia Ewangelii!!!

Wydaje się, że najlepsze jest zadawanie pytań. Patrząc w oczy takiego dziecka warto zapytać go o jego wiarę: czy chodzi do kościoła, czy przyjmuje Komunię św., kiedy ostatni raz był u spowiedzi. W zależności od odpowiedzi i zachowań można kontynuować z pytaniami natury duchowej: czy dziecko wie, co to jest opętanie; czy widział kiedyś, jak zachowuje się człowiek opętany; czy chciałby mieć co nocy koszmary i skończyć w domu wariatów.

I kto kogo bardziej przestraszy? Nie mogę się doczekać perełek A.D. 2015

Gazeto.pl, cenisz dobre dziennikarstwo?

Nie potrafię się powstrzymać. Temat ważny i ciekawy: Bela Kovacs, europoseł węgierskiego Jobbiku, partii bądź co bądź skrajnie prawicowej, podobno szpiegował dla Rosji. Temat załatwił dziennikarz, który „Russian Inteligence” przetłumaczył z angielskiego na polski jako „rosyjską inteligencję”. Tekst poprawili, ale zostały ślady w komentarzach. Za co czytelnicy mają płacić: za „dobre dziennikarstwo”, czy tylko za „kontent”?

Nie włączysz – nie zabierzesz

Amerykanie z rozkoszą poddają się paranoi wietrząc zagrożenie terroryzmem, gdzie tylko się da. Tym razem podróżni lecący (między innymi) z Europy do USA mogą zostać poproszeni o włączenie urządzeń elektronicznych, które przewożą. Jeśli urządzenie nie da się uruchomić – nie poleci. Znając nadgorliwość naszych funkcjonariuszy obawiam się, że będzie gorzej: właściciel urządzenia zostanie zatrzymany do wyjaśnienia i też nie poleci.

Pomysł Amerykanów nie jest nowy i nie dam głowy, czy kiedyś takie ograniczenia już nie obowiązywały. Wydaje mi się, że tak, oczywiście w lotach do USA. O co w tym chodzi?

Otóż najlepsi na świecie specjaliści od bezpieczeństwa skrzętnie odnotowali fakt, że materiał wybuchowy można przemycić na pokład w obudowie akumulatora albo wewnątrz spreparowanego elementu elektronicznego (nadają się do tego duże kondensatory elektrolityczne w zasilaczach, drukarkach itp. chociaż nie tylko one). Amerykanie wyciągnęli wniosek: jeśli w obudowie jest bomba, to nie ma w niej akumulatora, więc urządzenie nie będzie działało. Jeśli elementy elektroniczne zastąpiono atrapą, to urządzenie również nie zadziała. Na pierwszy rzut oka wszystko jest w porządku ale jeśli przyjrzymy się temu rozumowaniu bliżej, okazuje się że eksperci pomyśleli po swojemu, czyli nie do końca logicznie.

Załóżmy, że terrorysta chce przemycić bombę w obudowie akumulatora laptopa. Wie, że będzie musiał włączyć komputer przy strażniku. Wie róœnież, że w obudowie akumulatora znajduje się wiele ogniw. Nie oczekuje, że laptop będzie działał  dziesięć godzin. Wystarczy kilka minut – tyle, żeby włączyć i wyłączyć system. Zatem w obudowie chowa nie tylko kręcony na lewo semtex bez substancji znakującej ale i źródło energii elektrycznej o niewielkiej pojemności i rozmiarach.

Wilk syty i owca cała (do czasu): strażnik ma włączający się laptop a terrorysta swoją ukochaną bombę. Nie tak dużą, jak by chciał, ale zawsze bombę.

Ebola jeszcze raz

Fala zachorowań na gorączkę krwotoczną spowodowaną wirusem Ebola postawiła na nogi Światową Organizację Zdrowia ale jest bardzo prawdopodobne, że nie tylko ją. Od chwili, gdy po raz pierwszy zidentyfikowano wirus Ebola w 1976 w Zairze, interesują się nim wirusolodzy i epidemiolodzy pracujący nad bronią masowego rażenia.

Ken Alibek, jeden z dyrektorów radzieckiego programu badań nad bronią biologiczną wspominał, że w radzieckich laboratoriach badano wirus Machupo,  gorączki krwotocznej występującej w Boliwii jednak uczeni interesowali się również wirusem Ebola. Świadczy o tym śmiertelny wypadek, do którego doszło w 1996 roku w laboratorium w Zagorsku (obecnie Сергиев Посад). Następny wypadek miał miejsce w mieście Кольцово w 2004. Znacznie wcześniej, bo w 1988 po zakażeniu Ebolą zmarł pracownik laboratorium w Wielkiej Brytanii.

W okresach zwiększonej zachorowalności w latach 1995 – 1997 w Gabonie, Zairze i Kongu pojawiły się pogłoski o grupach badaczy, którzy starali się pozyskać próbki tkanek ze zwłok ofiar Eboli oraz krew zakażonych wirusem pacjentów. Można przyjąć za pewnik, że wirus jest przechowywany co najmniej w kilku krajach europejskich, azjatyckich i oczywiście w USA. W przeciwnym wypadku pokojowe badania nad chorobą byłyby bardzo utrudnione albo wręcz niemożliwe. Z drugiej strony nie można wykluczyć, że dostęp do hodowli Eboli mają albo będą próbowały zdobyć międzynarodowe organizacje terrorystyczne lub „niezależni producenci” broni biologicznej.

Każda kolejna endemia Eboli zwiększa ryzyko pozyskania wirusa i przewiezienia go w rejony gęsto zaludnione. Z roku na rok podróżujemy co raz więcej, również do Afryki. Co raz łatwiej o kontakt z wirusem: przypadkowy, albo zamierzony: przemycenie materiału zakaźnego przez kontrolę na lotniskach wymaga determinacji bo przemytnik ryzykuje własnym życiem, ale jest możliwe.

 

Sojusz z USA według Radka

Kto by pomyślał, że w jednej chwili moja ocena Radosława Sikorskiego ulegnie drastycznej zmianie. Dotychczas uważałem, że nasz MSZ je Amerykanom z ręki, że wpuszcza Polskę w wątpliwej jakości sojusz, bo jest zaślepiony miłością do USA. A tu nagle, poza protokołem, z jego ust padają bliskie sercu słowa o przyjaźni ze Stanami: „robienie laski” i „bullshit”.

Znaczy, facet myśli jak duża część Polaków. Do robienia dobrej miny zmusza go polityka i dyplomacja. A może coś jeszcze? Ciekawe, co? Bo przecież jeśli nasza „wierchuszka” robi to, co robi mając świadomość że wchodzenie Amerykanom między pośladki to zły interes musi istnieć jakaś inna przyczyna. Skoro odpada marchewka, pozostaje bat. Pojawia się następne pytanie: czym USA nas straszą albo wręcz szantażują? Przypuszczam, że chodzi o materiały natury raczej wywiadowczej, niż ekonomicznej.