Szkolna logika i czas pracy

Mój wczorajszy dzień miał wyglądać tak: na drugiej lekcji ósma klasa, na trzeciej okienko, na czwartej siódma klasa, na piątej okienko, na szóstej ósma klasa a potem jazda do drugiej szkoły i jeszcze jedna ósma klasa.

Ósme klasy wyjechały na dwudniową wycieczkę, przesiedziałem lekcje i okienka w pustych salach. Nauczyciel ma być „do dyspozycji”, więc byłem.

Oczywiście zapłacą mi za ten czas (lekcje, nie okienka, rzecz jasna), oczywiście nie był to czas zmarnowany, bo coś tam sobie napisałem, poprawiłem, zaplanowałem. Z drugiej strony uważam, że te cztery godziny (poza przeprowadzoną lekcją) spędzone w szkole miały mniejszy sens, niż praca w domu.

Policja dla klas ósmych

Szkoły mają w zwyczaju organizować spotkania uczniów z policjantami. To  forma… nie wiem czego. Dzisiaj obserwowałem takie spotkanie z uczniami ósmych klas. Pierwsze zdziwienie: policjantka przyszła z pistoletem. Nie wiem, czy miała w magazynkach amunicję, ale zakładam, że tak. W końcu była na służbie.

policjantka z pistoletem
Kilka razy uczestniczyłem w podobnych wydarzeniach, jeśli dobrze pamiętam, policjanci przychodzili w mundurach, ale bez broni i środków przymusu. W końcu to „pokojowe” spotkanie z dziećmi.

Drugie zdziwienie: opowieści pani policjantki koncentrowały się wokół zagrożenia karą, przestępstw popełnianych przez nieletnich, odpowiedzialności, demoralizacji, środków zapobiegawczych (kurator, ośrodek wychowawczy itp.). Było też kilka minut o przestępstwach w Internecie. Natomiast nie było ani słowa o tym, że Policja może tym dzieciakom w czymś pomóc, że mogą (czy rzeczywiście mogą?!) zaufać Policjantom, przyjść z problemem, szukać ratunku.

Trzecie zdziwienie: po spotkaniu w ruch poszły tabelki: nauczyciel miał potwierdzić ilu uczniów wzięło udział w spotkaniu. Wiadomo: statystyka rzecz święta. A, przepraszam. Teraz w Policji są „wskaźniki”.

Służba Ochrony Państwa po kolejnym wypadku

Przeczytajcie artykuł na Onecie.

Tutaj cytat z wypowiedzi dowódcy SOP (dawniej BOR) gen. Tomasza Miłkowskiego.

Zapytany o doświadczenie kierowcy auta wiozącego Beatę Szydło poinformował, że ma „dwa lata służby, a wcześniej pięć lat był zawodowym kierowcą. Jeździł we flocie samochodowej, w prywatnej firmie„. Powiedział też, że ukończył wymagane szkolenia praktyczne i potwierdził, że kierowca ten jeździł też z zagranicznymi delegacjami w ramach szkoleń.

To, że żaden polski polityk nie zginął w zamachu to nie cud, nie szczęście ani tym bardziej nie zasługa ochrony. Najwyraźniej potencjalni napastnicy ignorują naszych geniuszy władzy i oby odpuszczali im jak najdłużej, bo jakoś nie wierzę w skuteczność nowych ochroniarzy.

Samolot nie odbił się od ziemi…

Przeczytałem i poczułem jak wieje grozą. Poniżej macie zrzut ekranu z zajawką (leadem) tekstu, a tutaj link do źródła.

Samolot nie odbił się od ziemi
Samolot nie odbił się od ziemi

Od ziemi odbija się to, co na nią spadnie, niekiedy samolot, ale nie wróży to dobrze pasażerom ani załodze. Czasami samolot odbija się od ziemi podczas lądowania. Nazywa się to kangurem i w normalnych warunkach piloci komunikacyjni nie dopuszczają do takiego zachowania samolotu. Kangurujący Boeing wygląda tak.

Autorowi zapewne chodziło o odrywanie się od ziemi, a to już zupełnie inna historia.

Włamanie na kolację

Była sobie stalowa kasetka z zamkiem Yeti. Odziedziczyliśmy ją po Dziadku Muuujej wraz z kluczykiem. Pieczę nad kasetką przejął Barciszek, który zrobił z niej sejfik i zaczął świadczyć usługi bankowe przyjmując na przechowanie depozyt Adasia w kwocie 50 USD.

Pewnego dnia Barciszek postanowił ukryć kluczyk do kasetki i zrobił to tak starannie, że kluczyk przepadł na wieki gdzieś w czeluściach kanału teletechnicznego bloku, w którym mieszkaliśmy.

A kasetka leżała i kusiła. Bardzo kusiła, bo wszyscy zapomnieliśmy, co w niej Bartłomiej schował. Zaczęliśmy snuć opowieści o grubej kasie ukrytej za grubymi drzwiczkami kasetki. Ale bez klucza nie mogliśmy tych opowieści zweryfikować, bo nikt nie chciał niszczyć zamka. Poza tym robiło to dobrze na wyobraźnię.

Parę razy przymierzałem się do kasetki z wytrychem, ale odpuszczałem po kilku minutach. Aż do wczoraj. Usiadłem i konsekwentnie dłubałem narzędziami ze zdjęcia:

Zamknięta kasetka
Zamknięta kasetka

Po mniej więcej godzinie Yeti się poddał, ale okazało się, że obróciłem wkładkę w złą stronę (jakbym chciał zamek zamknąć a nie otworzyć). Zabrałem się do roboty po raz drugi i tym razem zamek poddał się już po 3 minutach.

Otwarta kasetka
Otwarta kasetka

Wniosek: takie kasetki służą przede wszystkim do poprawiania humoru ich właścicielom. Jeśli ja otworzyłem ją za drugim razem przed upływem 3 minut, to doświadczony ślusarz albo włamywacz uwinie się w mniej, niż minutę.

Muszę przyznać, że to uzależnia. Uczucie kiedy zamek ustępuje i daje się obrócić jest bardzo przyjemne.

Jezus na lodowisku

Nie żartuję! Na własne oczy widziałem dzisiaj plakat na tablicy przy kościele w Myślenicach. O, proszę, udokumentowałem:

Jezus na lodowisku
Jezus na lodowisku

Religię (dowolną) traktuję z dużym dystansem i przymrużeniem oka, więc w gruncie rzeczy tytuł wydarzenia bardzo mi się spodobał. Automatycznie zacząłem się przypatrywać stopom Jezusa, czy aby nie założyli mu łyżew. Ale nie, ma chodzić po lodzie boso (w końcu po wodzie podobno chodził, lód to też H2O, więc powinno mu być nawet łatwiej i wygodniej).

Dzięki plakatowi doświadczyliśmy (ja i moja Ukochana Muuja) kilku chwil spontanicznej, niczym nie skrępowanej radości i za to jesteśmy pomysłodawcom imprezy i plakatu niezmiernie wdzięczni. A jednak… zastanawiam się, czy aby na pewno taki mieli zamiar: rozbawić przechodniów do łez wywołując serię brawurowych skojarzeń? Myślę, że chcieli pokazać Jezusa jako przyjaciela, może kumpla ale trochę przesadzili i zrobili z niego rodzaj maskotki.

 

Estonia

Wybierzcie się do Estonii. Koniecznie!
Pierwszy raz byłem tam kilka tygodni temu, w celach (mówiąc nieco na wyrost) biznesowych, ale dzięki Przyjaciołom poza „zwiedzaniem” pewnego banku w Tallinie mogłem popatrzeć na Estonię z innej perspektywy.

Zrobiłem trochę zdjęć, niestety miałem do dyspozycji tylko smartfon. Jakość postaram się zrekompensować opisami.

Wrzucam trzy zdjęcia z Tallina, z Linnahall. To jedna z pamiątek po czasach ZSRR (Estonia była republiką radziecką). Estończycy dostali ten prezent z okazji Igrzysk Olimpijskich w Moskwie, w 1980. Wtedy w Tallinie rozgrywano konkurencje żeglarskie więc Rosjanie wybudowali na nabrzeżu monumentalny Pałac Kultury i Sportu im. W.I. Lenina.

Dzisiaj obiekt jest nieczynny, szary, ponury ale nie porzucony. Po dachu – deptaku spaceruje wielu ludzi, zwłaszcza młodych. Służby miejskie regularnie usuwają graffiti, od strony nabrzeża działa przystań dla wodolotów i heliport. Trafiliśmy na jeden śmigłowiec, czarnego Robinsona, prawdopodobnie należącego do estońskiej armii.

Linhall w Tallinie
Linhall w Tallinie
Linhall w Tallinie
Linhall w Tallinie
Heliport obok Linnahall w Tallinie
Heliport na terenie Linnahall w Tallinie
Przystań wodolotów w Linnhall w Tallinie
Przystań wodolotów w Linnhall w Tallinie

Są plany rewitalizacji obiektu. Bardzo kosztowne, wymagające dużego nakładu prac, ale możliwe do zrealizowania. Myślę, że warto, bo Linnhall ma potencjał. Obejrzyjcie ten film:

Żebyś sobie nie myślał!

Nie tak dawno temu zaliczyłem przymusową wizytę w szpitalu w Myślenicach. Niektórzy z Was widzieli zdjęcia z drogi „tam”: karetka, nosze, takie klimaty.

Dzisiaj znalazłem w telefonie zdjęcie, które zrobiłem wychodząc ze szpitala, chwilę po tym, jak na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym dowiedziałem się, że nie zrobią mi USG, bo… nie. Lekarz zajęty, ultrasonograf niedostępny, mam sobie zrobić gdzie indziej.

Na szczęście nie dowiedziałem się, czego nie mogą mi zrobić w przybytku, do którego kierowała ta tabliczka, zawieszona na portierni przy szpitalnej bramie. Jest całkowicie niewidoczna dla ludzi wchodzących do szpitala, za to wszyscy wychodzący widzą ją doskonale. Ma to memento jakiś sens: wychodzisz o własnych siłach? To się ciesz i nie narzekaj na obsługę. Nie wszyscy mają tyle szczęścia.

Polskie samochody elektryczne

Niedawno byłem w Estonii (wkrótce napiszę o tym  więcej). Czekając na Okęciu na samolot do Krakowa zrobiłem sobie mały spacer po terminalu i trafiłem na taką karetkę pogotowia:

Stała na piętrze, w hali odlotów, przed bramkami. Służy do transportu chorych i rannych wewnątrz terminala (do windy raczej się nie zmieści). Marka? Oczywiście Melex.

Pokazałem to zdjęcie kilku osobom w wieku nieznacznie poniżej 18 lat i opadła mi żuchwa, bo kiedy mimochodem wspomniałem, że Melex to polski samochodzik, wszyscy byli bardzo zdziwieni.

Tak, tak… w Polsce, w PRL, w 1970 roku w zakładach lotniczych w Mielcu opracowano koncepcję, zaprojektowano pojazd i wykonano 10 egzemplarzy próbnych całkowicie elektrycznego, lekkiego samochodu osobowego. Odbiorcą i zleceniodawcą był (uwaga po raz drugi) importer z USA, który nie mógł na miejscu znaleźć odpowiedniej firmy.

Więcej o historii przeczytajcie tutaj, myślę, że warto.

Tak, wiem, że to nie jest samochód na miarę Tesli, Toyoty, Lexusa. Wiem, że mały, lekki, niekomfortowy. Że jeździ jako wózek golfowy, karetka, karawan. Ale ten samochód spełniał oczekiwania klientów 48 lat temu i spełnia je nadal. A 48 lat temu nie było Tesli, hybryd, napęd elektryczny z zasilaniem z akumulatorów trakcyjnych dobrze znano, ale stosowano go w pojazdach krótkiego zasięgu: wózkach transportowych, podnośnikach widłowych itp. Polska, mimo „komuny” doskonale wstrzeliła się w ten rynek. I jest na nim do dzisiaj.